Dejan - legenda nie tylko Bałkanów

26 sierpnia 2013 | 06:39 Redaktor: Loon Kategoria:Publicystyka

Pewien mój kolega od lat głosi teorię, w myśl której "słowianie nie potrafią grać w piłkę". I ja się z nią zgadzam, choć oczywiście należy na nią patrzeć w szerszej perspektywie i z lekkim przymrużeniem oka. Gdyby jednak spróbować zbudować złotą jedenastkę tego dużego indoeuropejskiego ludu, Ibrahimović, Szewczenko czy Suker prawdopodobnie mieliby gdzieś tam za plecami Dejana Stankovicia. Legendę w zasadzie każdej drużyny, w której grał.

To bardzo ciekawy punkt wyjścia do dalszych rozważań. Co znamienne jednak - ta teoria się broni. Popularny "Deki" urodził się 11 września 1978 roku w podbelgradzkim mieście Zemun - położonym wówczas w Jugosławii, która dopiero miała pogrążyć się w wojnie domowej i chaosie. W tych niezbyt przychylnych okolicznościach, dzieciństwo spędził trenując z młodzieżowymi drużynami z Belgradu, by ostatecznie w wieku 14 lat zostać wyłowionym przez ekipę Crvena zvezda Belgrad. To był rok 1992, a Crvena Zvezda była królami świata, a przynajmniej Europy, kilka miesięcy wcześniej wygrywając Ligę Mistrzów (czy raczej rozgrywki, które lada moment miały się w nią przekształcić, co jednak nijak nie ujmuje im prestiżu).

Stanković bardzo szybko przebił się do pierwszej jedenastki, występując obok wielkich mistrzów. Ze względów politycznych przez sporą część lat 90-ych Crvena nie mogła występować na europejskich boiskach, stopniowo odnajdując się jednak w reorganizowanej rzeczywistości nowopowstałej Serbii i Czarnogóry. W 1995 ekipa Dejana zdobyła mistrzostwo kraju, a sam Stanković w wieku 19 lat został jej kapitanem, stając się przy tym najmłodszym kapitanem w dotychczasowej historii zespołu. Jakby tego było mało, zachodnie media rozpisywały się o wielkim talencie z Bałkanów, przed którym przewidywano świetlaną przyszłość. Aha, do świata wielkiej piłki wróciła Crvena w 1997 roku, gdzie w rewanżowym meczu Pucharu Zdobywców Pucharów dosłownie złoiła niemieckie Kaiserslautern, a gwiazda samego Stanko tego dnia eksplodowała przed telewizorami wielu fanów piłki w całej Europie.

Choć liga Jugosławii została rozwiązana w 1992 roku, reprezentacja tego kraju formalnie istniała jeszcze do 2003 roku. Dzięki temu Dejan Stanković może z czystym sumieniem zawstydzać niejednego farbowanego lisa czy adoptowanego Brazylijczyka z fałszywym paszportem. Jest bowiem jedynym na świecie piłkarzem, który na Mistrzostwa Świata jechał jako reprezentant trzech różnych krajów. W 1998 roku była to Jugosławia, w 2006 Serbia i Czarnogóra, a w 2010 już osamotniona Serbia. Prócz niezwykłego "rekordu", swoim reprezentacjom zawsze dawał powiew jakości, autorytet, a wreszcie doświadczenie, gdy występował tam w roli kapitana. Z rekordową liczbą występów (102), karierę reprezentacyjną zakończył w 2011 roku. Obok wielu naprawdę głośnych nazwisk (Milosević, Mihajlović, Keżman, Mijatović, itd.) uchodzi za największą gwiazdę serbskiej piłki.

Krótko po Mundialu, w 1998 roku,  Stanković za 7,5 miliona funtów powędrował w kierunku dla bałkańskich piłkarzy najrozsądniejszym i często wybieranym - do przeżywającej właśnie swoje złote lata Serie A. I choć o dominację walczył Milan z Juventusem, a Inter obrastał w gwiazdy zawstydzając niejednego dziś arabskiego biznesmena, po młodego Serba zgłosiła się ekipa Lazio. To była bardzo fajna ekipa, która pogodziła wielkie firmy. Już ze Stankoviciem w składzie z 7. miejsca w lidze awansowała na 2. Lepszy był tylko AC Milan, ale już na koniec sezonu 1999/2000 mistrzostwo powędrowało do Rzymu, a Deki wraz z Nestą, Mihajloviciem, Simeone, Nedvedem, Almeydą czy Roberto Mancinim w składzie dał ekipie Biancocelestich drugie Scudetto w historii. Jak nietrudno zauważyć - konkurencja w pomocy była ogromna, a rywale pierwszorzędni. Sven Goran Erikson ustalanie drugiej linii często zaczynał jednak właśnie od Serba.

Specyficzny styl gry, bałkańska krew, spora liczba otrzymywanych kartek, długie podania czy wreszcie atomowe uderzenia zza pola karnego sprawiły, że kibice Lazio zaczęli tytułować Stankovicia mianem Il Dragone (Smok). Choć drużyna z Rzymu nie dała rady powtórzyć swojego sukcesu w kolejnych latach, wciąż stanowiła realną siłę na boiskach Serie A, zaś sam Serb wciąż doskonalił swój warsztat. Nic zatem dziwnego, że już w styczniu 2004 roku ostatecznie udało się go ściągnąć do Interu Mediolan, a były to czasy, w których Massimo Moratti do klubu kupował wyłącznie - cóż - najlepszych. Dobre czasy. Sama cena nie była natomiast wygórowana, co wynikało także ze sporych problemów finansowych Lazio. Inter zapłacił promocyjne 4 miliony euro wzbogacone o połowę karty... Gorana Pandeva. Kolejną miłą historią, związaną z tamtym transferem jest fakt, że o Serba bardzo poważnie zabiegał Juventus, ale on odrzucał ich zaloty, zdecydowanie preferując ekipę Internazionale.

Być może nie bez znaczenia były pogłoski o Roberto Mancinim, który był bardzo poważnie przymierzany do objęcia ekipy Nerazzurrich. Z Mancinim i Mihajloviciem kolegował się z boiska. Ten drugi za Dekim przywędrował z Lazio jeszcze latem 2004 roku. Obaj (emerytowani już) piłkarze często podkreślają jak wiele znaczy ich przyjaźń, a na dodatek łączą ich pewne zażyłości natury rodzinnej. Zaccheroni zgodnie z przewidywaniami skończył swoją trenerską karierę możliwie szybko, a pierwiastek wielkiego Lazio (potem pojawił się jeszcze Veron) zaczął kiełkować w Mediolanie.

Stanković, ważny piłkarz w historii swoich reprezentacji, Crveny i Lazio, miał się stać jednym z symboli Interu - Wielkiego Interu. Zdolny do gry na niemal wszystkich pozycjach w pomocy stał się uniwersalnym przyjacielem kolejnych trenerów. Najlepiej czuł się jako środkowy pomocnik, choć jeśli trener kazał pomagać w odbiorze lub rozgrywać, a nawet zbiegać ze skrzydła - robił to (z różnym skutkiem). Przez pierwsze lata swojego pobytu w Interze stanowił jednak siłę napędową drugiej linii, tak zawsze przez Massimo Morattiego wzgardzanej. To nie był umysł wybitny, zdolny odmieniać oblicze meczu, co jakiś czas później raz za razem swoimi zagraniami wytykał mu Sneijder. Jako solidny rzemieślnik dyktował jednak tempo w środku pola, od czasu do czasu z zaskoczenia bombardując przeciwnika. Gdyby szukać współczesnych analogii - to był taki inteligentniejszy prototyp Guarina, ze zdecydowanie lepiej uregulowanym celownikiem.

Wybuchło Calciopoli, a Inter rozpoczął okres swojej dominacji we Włoszech. Stanković szybko stał się zawodnikiem utożsamianym z erą wielkich sukcesów pod wodzą Roberto Manciniego. Nie bez powodu, nagrody dla zawodnika meczu zgarniał - jak na pomocnika - niemal cyklicznie, strzelał, asystował, decydował o losach meczu. Był gwiazdą, naprawdę dużego formatu. 

Blask, jak to się często w przypadku Portugalczyka zdarza, zaczął gasnąć dopiero, gdy w klubie pojawił się Jose Mourinho. Wraz z cytatami "to nie ten sam piłkarz, którym był w Lazio", The Special One rozpoczął wietrzenie szatni w mediolańskiej szatni. Stanković był nawet o krok od podpisania kontraktu z Juventusem, któremu wciąż bardzo zależało na sprowadzeniu Serba, a i ten tym razem stanowczo się przed tym nie wzbraniał. Wtedy jednak do gry wkroczyli kibice klubu z Turynu, którzy nie mogli wybaczyć Il Dragone kilku gorzkich słów z 2004 roku, a następnie powiązania z klubem, który tak okrutnie skorzystał na byciu uczciwym, gdy wybuchło Calciopoli. Negocjacje transferowe upadły, a sam Stanković - ku swojemu wielkiemu zadowoleniu manifestowanemu w wywiadach - nie został karnie relegowany do Turynu.

Co ciekawe, relacje trenera i piłkarza zaczęły się układać. Stanković ciężko pracował, nie narzekał w mediach, a kiedy (po pokonaniu kontuzji) pojawił się na boisku - strzelał, podawał, walczył. Nie jest tajemnicą, że takich właśnie pokornych walczanków The Happy One ceni najbardziej. Nie zajęło więc wiele, by Serb znów stał się podstawowym graczem pomocy. Skapitulować musiał dopiero w sezonie 2009/10, gdy do drużyny dołączył Wesley Sneijder. Duet Cambiasso-Sneijder tworzył w tamtym czasie jedną z dwóch najlepszych środkowych pomocy w Europie, a Stanković musiał zadowolić się rolą zmiennika.

Prawdopodobnie także z racji wieku, mniej więcej w tamtym okresie, Serb powoli zaczął tracić na jakości sportowej, wciąż jednak pozostając użytecznym zmiennikiem. Korzystał z tego chociażby Rafael Benitez. To za jego kadencji, Deki popisał się hat-trickiem w meczu z Parmą. W pamięci kibiców Interu zawodnik pozostanie jednak znany chyba przede wszystkim z mocnych uderzeń zza pola karnego. W pamięci kibiców piłki nożnej na całym świecie Stanković i jego poczynania też są bardzo dobrze znane. Gol strzelony półwolejem z połowy boiska w meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Schalke tylko złośliwym zbiegiem okoliczności nie został obwołany bramką roku 2011. Ignorant mógłby powiedzieć, że był to tylku łut szczęścia. W praktyce jednak Deki powtórzył niemal identyczne bramki strzelane na boiskach Serie A bramkarzom Romy czy Genoi.

W sezonie 2011-12 rozpoczęły się problemy Stankovicia ze zdrowiem - fizyczne urazy i powstałe w ich następstwie kontuzje. W efekcie w 2012-13 widok murawy był mu niemalże obcy. Sam piłkarz bardzo jednak starał się powrócić do dyspozycji i dla Interu Mediolan być jeszcze przydatnym. Kiedy okazało się, że rekonwalescencja może jeszcze trochę potrwać, na dodatek odzyskanie dawnej formy w tym wieku, po tak długiej przerwie, graniczyłoby z cudem, Dejan Stanković po rozmowie z zarządem zdecydował o zakończeniu kariery pomimo obowiązującego kontraktu. To wspaniały gest, tak bardzo niecodzienny w dzisiejszym futbolu i tak bardzo aktualny na tle problemów Interu z piłkarzami takimi jak choćby Christian Chivu. Piłkarzy trudno winić, nikt nie zmusza klubów do zawierania tego typu umów. Pokazuje to jednak, że Dejan Stanković traktuje Inter nie tylko jako pracodawcę - czego zresztą wyraz dawał często w rozmaitych wypowiedziach.

Na samym starcie sezonu 2013/14 ze wszystkimi honorami symbol Crveny, Lazio, Jugosławii, Serbii, a nawet troszkę Czarnogóry i wreszcie - symbol Interu - został pożegnany przez działaczy, piłkarzy i kibiców. Czy pójdzie w trenerskie ślady swoich przyjaciół z Lazio? "Żegnam się z boiskiem, ale nie z Interem" - przyznał w jednej z wypowiedzi Stanković. Sami kibice najchętniej widzieliby go w roli wpływowego bałkańskiego scouta, gdzie w połączeniu ze swoim ogromnym autorytetem i statusem wielkiej gwiazdy mógłby wyszukiwać dla Nerazzurrich talenty, które w ostatnich latach Bałkany produkują w ilościach niemalże hurtowych. Piękna kariera - dziękujemy i prosimy o jeszcze!

Jakub Kralka
obserwuj mnie na @jakubkralka

Dejan Stanković, sukcesy:

Mistrzostwo Serbii i Czarnogóry: 1995
Puchar Serbii i Czarnogóry: 1995, 1996, 1997
Mistrzostwo Włoch: 2000, 2006, 2007, 2008, 2009, 2010
Puchar Włoch: 2004, 2005, 2006, 2010, 2011
Superpuchar Włoch: 1998, 2000, 2005, 2006, 2008, 2010
Puchar Zdobywców Pucharów: 1999 
Superpuchar Europy: 1999
Liga Mistrzów: 2010
Klubowe Mistrzostwo Świata: 2010

Źródło: Inf. własna

Polecane newsy

Komentarze: 18

Paweł Świnarski

Paweł Świnarski 26 sierpnia 2013 | 08:41   

Takich piłkarzy bedzie coraz mniej. Gorąca krew, twardy charakter i lojalny człowiek. Pamiętam jak się cieszyłem jak do nas dołączył, wówczas nasza pomoc wyglądała bardzo biednie i tak brakowało kreatywności, że nawet po jego przyjściu poczułem, że dużo nam da pod tym względem co tylko obrazuje jak drewniana była wtedy pomoc. ps. świetny tekst

FReeFonix

FReeFonix 26 sierpnia 2013 | 10:11   

Świetny zawodnik, bardzo podobało mi się jego pożegnanie. Udowodnił, że jest to człowiek z wielkim dystansem do siebie. Kochał ten klub, a klub kochał go, tak samo kibice. Nigdy nie zapomnimy jego cudownych bramek strzelonych Schalke, Romie, Milanowi, Genoi, etc. Minęło już trochę lat od początku przygody Dejana w Interze, dobrze postąpił decydując się na zakończenie kariery. Wielkie dzięki Il Drago! Odnośnie tekstu - fajnie się czytało, nie jest łatwym zadaniem napisać o karierze takiego piłkarza w jednym felietonie, a Tobie Loon się to udało.

Klinsi64

Klinsi64 26 sierpnia 2013 | 10:47   

Crvena wygrała PUEFA w 1996 roku,a PZP Stanko wygrał w 1999 z Lazio(finał z Mallorcą 2-1) o czym nie wspomniałeś

Loon

Loon 26 sierpnia 2013 | 11:00   

Jak mogłem wspomnieć, skoro nic takiego nie miało miejsca. W 1996 roku PUEFA wygrał Bayern

Klinsi64

Klinsi64 26 sierpnia 2013 | 11:15   

źle przeczytałem sorry ;) właśnie coś mi nie pasiło bo nie pamietam by te ekipy w finale pucharu grały:D na szybko w necie sprawdziłem :D mecz był co prawda w 1996,ale w pierwszej rundzie:D

MrGoal

MrGoal 26 sierpnia 2013 | 14:46   

Tekst pierwsza klasa! Gratuluję! Co do Stanko to ja jednak mam dość odmienne zdanie. Dla mnie to był piłkarz tyleż waleczny co surowy technicznie i bliżej mi do podejścia do niego Mourinho, niż autora. Według mnie, ktoś kiedyś zrobił sporą krzywdę Serbowi, lansując go na rozgrywającego czy wręcz ofensywnego pomocnika. W Interze z racji koszmarnie drewnianej prze lata drugiej linii tam właśnie grywał i bardzo na tym tracił. To powinien być typowy defensywny pomocnik, walczak. Wtedy faktycznie można by , być może, powiedzieć o nim, że jest piłkarską..

MrGoal

MrGoal 26 sierpnia 2013 | 14:50   

legendą. A tak niestety kojarzyć mi się będzie w dużej mierze z odskakującą przy przyjęciu piłką, nieporadnością w grze w tłoku, zbyt wolną grą i wolnym myśleniem na boisku, słabą "małą grą". Jak słusznie autor zauważa, Sneijder bardzo szybko pokazał, jak daleko Stanko do prawdziwego rogrywającego. I Mourinho w sezonie 08/09 bardzo dobrze to widział, mecz z United pokazał to doskonale. Wynik na papierze nie jest dramatyczny, ale mecz...różnica dwóch klas. Portugalczyk zrozumiał , że Serba trzeba zastąpić kimś lepszym. Stanko piłkarzem niezłym był

MrGoal

MrGoal 26 sierpnia 2013 | 14:52   

Ale mógł być, moim zdaniem, wybitnym, gdyby częściej grał na optymalnej pozycji dla siebie. Kto wie, może w innym klubie, gdzie linia pomocy jest należycie budowana, byłby absolutna gwiazdą. A w Interze z pewnością został legendą charakterologiczną, piłkarską jednak, według mnie, nie.

domi

domi 26 sierpnia 2013 | 15:20   

MrGoal, owszem, Stanković może Ci się kojarzyć z nieporadnością na boisku i zbyt wolną grą, ale właśnie dlatego, że był dziesięć lat w Interze, a przed kontuzjami był wyróżniającym się piłkarzem pomocy, to należy mu się miano legendy piłkarskiej Interu i Bałkanów. Teraz na zakończniu kariery i tak nie powinno się pamiętać o jego słabych stronach, lecz o tym, co dał tej koszulce i co ta koszulka dała jemu. Gdyż, tak jak napisał Paweł, takich piłkarzy grających przede wszystkim dla ukochanego klubu, szybko ubywa. Grazie, Il Dragone!

MrGoal

MrGoal 26 sierpnia 2013 | 15:41   

Jasne, jak zaznaczyłem, z racji przywiązania do klubu, cech charakteru , jak najbardziej zasługuje na miano legendy. Ja mam tylko wątpliwości, czy on rzeczywiście był ( w barwach Interu) wielkim piłkarzem

interbig

interbig 26 sierpnia 2013 | 16:23   

a kojarzy ktoś, ma link może, do tej akcji, gdzie został wkręcony przez dziennikarza, że Inter chce się go pozbyć?

Loon

Loon 26 sierpnia 2013 | 18:59   

Mr Goal -> zgadzam sie z tym co napisałeś w 99%, m.in. z tym o rozgrywaniu i może braku jakiejś wybitnej cechy, co zresztą trochę w tekście zaznaczam, ale nie chciałem robić z tego nadrzędnej wartości w takiej, powiedzmy, laurce, benefisie. Ale Stanko jako środkowy pomocnik przez długie lata, tak do 2008, spokojnie dawał radę. To był taki typ Motty, cała czarna robota, której się nie widzi, była na jego barkach.

MrGoal

MrGoal 26 sierpnia 2013 | 19:44   

Zgadzam się, dobry przykład z Mottą ( z Guarinem w tekście też). Motta miał tylko to szczęście, że nikt go na playmakera nie lansował, nie oczekiwał tego i nie rozliczał z tego. Dzięki temu ja go pamiętam jako naprawdę dobrego, efektywnego piłkarza. Deki trafił na erę sprzed Mourinho, gdzie w Interze panował dość spory ciemnogród , jeśli o harmonijną budowę drużyny chodzi. Ale tak jak zaznaczasz, laurka dla Stankovica, więc oddajmy mu to na co zasłużył. A że trawę gryzł w każdym meczu, to należą mu się podziękowania!

Interista

Interista 26 sierpnia 2013 | 21:43   

Walczak jakich mało. W każdym meczu grał na pełnej k...

Morfo

Morfo 26 sierpnia 2013 | 22:36   

Wzruszyłem się kolejny raz myśląc o końcu kariery Dekiego.... Kocha i szanuje klub, nie drenował kasy MM tylko w szlachetny sposób pożegnał się z klubem.Prawdziwa LEGENDA INTERU, jeden z ulubieńców kibiców, na zawsze bedzie pamiętany. Trzymaj sie bracie...

Morfo

Morfo 26 sierpnia 2013 | 22:37   

BTW a przypadkiem Alfredo di Stefano też nie grał na 3 mundialach w róznych reprach??

Loon

Loon 26 sierpnia 2013 | 22:40   

Chyba nie, bo od 1949 grał już dla Kolumbii, a pierwszy powojenny Mundial odbył się w 1950

Kuba

Kuba 27 sierpnia 2013 | 19:53   

Ubóstwiam tego człowieka. Takiego piłkarza już nie bedzie. Jego umiejętności nie da sie opisać. Nie jakiś tam sressi. MISTRZ NAD MISTRZAMI!!!! FORZA DEJAN FORZA DEJAN DEJAN DEJAN DEJAN DEJAAAAAAAAN!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! PAZZA STANKOVIC AMALA!!!!!!!!


Reklama

Reklama

Piłkarze urodzeni dziś

  zobacz wszystkich