Liga Mistrzów to nasz dom

18 września 2018 | 01:00 Redaktor: Sebastian Miakinik Kategoria:Publicystyka8 min. czytania

Na ostatniej prostej przed meczem z Tottenhamem kontynuujemy historyczny rys przygód Interu w Lidze Mistrzów. Bogate CV Interu pozwala lepiej dostrzec, jak ważnym doświadczeniem była na przestrzeni lat obecność w piłkarskiej elicie.

Derby inne niż wszystkie

Jeżeli tęsknisz za czasami dominacji włoskiej piłki w Europie, to drugi z kolei występ Interu w Lidze Mistrzów, jest wizytówką takiej potęgi. Sezon 2002/2003 to czas, gdy w półfinale poza Realem Madryt występowały Inter, Milan oraz Juventus. Dziś, czekając na derby Mediolanu, z ogromnym sentymentem przywołujemy tamten czas. Czas, gdy Inter z Milanem zmierzyli się w dwumeczu o finał.

Droga do największego po 2010r. sukcesu Interu w Lidze Mistrzów nie była usłana różami. Dość wspomnieć, że należało przebrnąć dwie fazy grupowe, to przeciwnicy również nie należeli do najsłabszych. W grupie na inaugurację właściwej fazy rozgrywek Inter mierzył się z zespołami z Trondheim, Lyonu i Amsterdamu. Podopieczni Hectora Cupera nie zachwycali, m.in. remisując z Norwegami czy przegrywając u siebie z Francuzami. Dwukrotne zwycięstwa nad Ajaxem pozwoliły na zajęcie pierwszego miejsca w grupie. Do wyróżniających się zawodników należał z pewnością Hernan Crespo, który w 6 meczach tej fazy zdobył aż 8 bramek. W Interze towarzyszyli mu m.in. Toldo, Cannavaro, Cordoba, Materazzi, Emre, czy Luigi di Biagio. Ten Inter miał zęby, zwłaszcza gdy w grę wchodziła fizyczna walka.

W kolejnej fazie Inter trafia do grupy z Bayerem Leverkusen, Newcastle United i drużyną, która jak pokazuje historia na przekór kojarzy się z sukcesem. Z Barceloną, bo o niej mowa zagraliśmy słabo. Saviola, Kluivert i Cocu boleśnie obnażyli słabe strony Interu w Katalonii, w rewanżu bramek żaden kibic nie zobaczył. Wysokie zwycięstwo z Newcastle i dwa triumfy nad Aptekarzami pozwoliły Interowi wyjść z grupy z drugiego miejsca. Kości zostały rzucone. Dwumecz z Valencią Rafaela Beniteza nakazał, dzięki bramce zdobytej na wyjeździe, umiejscowić Inter wśród drużyn, które stać na zawojowanie Ligi Mistrzów. Hector Cuper na starych śmieciach nie miał litości.

Półfinał na San Siro i legendarne mecze Interu z Milanem na stałe zapisały się w historii miasta. Madryt miał być miejscem, które po latach mogło odczuwać podobny poziom emocji. Derby della Madonina to dwumecz, w którym nikt nie wygrał, a przegrał tylko Inter. Historia tak bardzo interowska.. W pierwszym spotkaniu padł bezbramkowy remis. Rewanż to derby szalone, pełne walki, agresji, na skraju brutalności a wręcz bitwy. Gol  strzelony przez Shevchenkę oznaczał, że Inter musiał zdobyć dwie bramki. Ukrainiec w tym spotkaniu był wyjątkowo groźny. Inter rzucił się do odrabiania strat, raz po raz nadziewając się na groźne kontry chłopców Ancelottiego. Materazzi w starciach obronnych był bezlitosny. Nadzieję w serca wlał jednak pewien sympatyczny, ale zarazem nieco dziki Nigeryjczyk. Obafemi Martins bo o nim mowa, tym jednym trafieniem zapisał się w pamięci u wielu. Nie wystarczyło to jednak na finał Ligi Mistrzów. W tym Milan dopiero w rzutach karnych pokonał Juventus, skutecznie zarażając Starą Damę chorobą wiecznie przegrywającego finalisty.

Rzeź faworytów

Kolejny sezon Ligi Mistrzów śmiało można nazwać rzezią faworytów. Finał Monaco-Porto był niespodzianką wysokiego kalibru. Ci najmocniejsi, niespodziewanie odpadali, pozwalając święcić Smokom Jose Mourinho wyjątkowy sukces. Inter w tej edycji jak zwykle zaszokował. Rozpoczął od mocnego skopania tyłków Arsenalowi na ziemi rywala. 3-0! Cruz, van der Meyde i Martins pozwolili uwierzyć, że nie będzie z mediolańczykami przelewek. Toldo w tamtym spotkaniu obronił rzut karny, Interowi wychodziło praktycznie wszystko. Po kolejnym zwycięstwie nad Dynamem Kijów Inter przegrał w Serie A w kolejnych derbach Mediolanu i pożegnał Hectora Cupera. W Lidze Mistrzów przyszedł kolejny cios. Sromotna porażka z Lokomotivem, w rewanżu jedynie remis, a potem wielki odwet Arsenalu i porażka 1-5 przed własną publicznością. Tym samym ubiegłoroczny półfinalista Ligi Mistrzów zakończył rywalizację na trzecim miejscu w grupie. Alberto Zaccheroni nie poskładał przedwcześnie osieroconego dziecka Cupera.

Milan, ten przeklęty Milan

Sezon 2004/2005 jest blisko sercu każdego Polaka i Interisty. Ale od początku. Inter jak burza przechodzi fazę grupową. Podopieczni Roberto Manciniego pozostawiają w tyle Werder, Valencię i Anderlecht. W pamięci szczególne miejsce ma wysoki triumf na Mestalla, gdzie Adriano i spółka zwyciężyli 5-1. Poza dwoma remisami Inter nie traci punktów i w 1/8 mierzy się z Porto. Wyjazdowy remis 1-1 stawiał Nerazzurich w dobrej sytuacji. Koncert Adriano i jego 3 bramki nie pozostawiają złudzeń kto jest mocniejszy.

Na kolejnym szczeblu trafiamy na AC Milan. Trafiamy źle. Pierwszy mecz przynosi porażkę, sygnowaną bramkami Shevchenki i Stama. W rewanżu jest jeszcze gorzej. 3-0 i ewidentne górowanie sąsiadów zza miedzy. Wydawało się, że na próżno szukać balsamu na krwawiące serce. Ten jednak w finale znalazł Jerzy Dudek na stałe zapisując się w historii futbolu. Finał epicki, któż go nie pamięta?

Żółta zatapia Inter, czyli piękne historie

W kolejnym sezonie kilka klubów i klubików pisało swoją niepowtarzalną historię w Lidze Mistrzów. Jednym z nich była Artmedia, słowacki rywal Interu w fazie grupowej. Obok kopciuszków z Interem walczył Glasgow Rangers oraz FC Porto. Portugalczycy pogrążeni w kryzysie zajęli ostatnie miejsce w grupie. Inter, ze święcącym najlepsze sportowe lata Adriano w składzie zgromadził 13 pkt i pewnie wygrał grupę, choć w niektórych spotkaniach potrafił niestety dostosować się poziomu rywali. My przegraliśmy jeden mecz z Porto, zaś na portugalskiej ziemi historyczne zwycięstwo odnieśli Słowacy.

Podopieczni Manciniego w kolejnej fazie trafili na Ajax, który wyeliminowali nie bez problemów. 2-2 w pierwszym spotkaniu i skromne 1-0 w rewanżu pozwoliło odprawić Holendrów z kwitkiem. Remis w Amsterdamie Inter wyrwał odrabiając dwubramkową stratę po bramkach Stankovicia i Cambiasso. W boju o półfinał los skojarzył Inter z Villarealem, który w tym sezonie również pisał swoją najdonioślejszą historię. Faworyt był jeden i  faworyt zawiódł. Manuel Pellegrini lepszym stosunkiem bramek zatopił Inter. Jego żółta łódź podwodna, jak nazywano zespół Villarealu o włos otarł się o finał. W półfinale Riquelme nie wykorzystał karnego w ostatniej minucie rewanżu z Arsenalem i zaprzepaścił szansę na dogrywkę.

Złe złego początki

Losowanie nie było korzystne. Bayern Monachium, Spartak Moskwa i Sporting Lizbona jako grupowi rywale sezonu 2006/2007 stanowili nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że Inter rozgrywki rozpoczął od dwóch porażek, kolejno z Niemcami i Portugalczykami. Potem piłkarze Manciniego wzięli się w garść i pokonując dwukrotnie Spartak Moskwa wrócili do gry. Ibrahimović, Figo, Cruz to nazwiska, na których grze ofensywnej Inter opierał swój atak. Ostatecznie drugie miejsce w grupie stało się faktem. W 1/4 finału czekała Valencia. Po emocjonującym 2-2 na Meazza  i golu straconym w 86 minucie Inter podążał na rewanż ze sporą presją.

Tuż po zakończeniu rewanżu na stadionie Mestalla doszło do regularnej bijatyki z udziałem kilkunastu piłkarzy. Starcie Burdisso vs Marchena pobudziło sztaby szkoleniowe i medyczne obu ekip do ręcznego tłumaczenia przeciwnikom swojej racji. Bójka przeniosła się do szatni, a jej przebieg i konsekwencje przesłoniły bezbramkowy remis, promujący gospodarzy.

Królowa się nie kłania

Kolejne dwa  sezony to przykra konsekwencja w wykonaniu Interu, polegająca na odpadaniu z angielskimi zespołami w 1/8 finału. Najpierw katem okazał się Liverpool, rok później Manchester United. W obu przypadkach awans z grupy miał jednak inne tło. Sezon 2007/2008 to solidność i pewność w dwumeczach z PSV, Fenerbahce i CSKA. Jedna porażka z tureckim zespołem hańby Interowi nie przyniosła, a 15 pkt w tej fazie to wynik budzący respekt. Tym niestety większe rozczarowanie postawą Nerazzurrich w meczach z Liverpoolem. Dwukrotne porażki i zero strzelonych bramek hańbą już pachniało.

Rok później potworne męki w grupie. Panathinaikos pokazał Interowi plecy w końcowym rozrachunku. Za mediolańczykami uplasowały się zespoły takie jak Werder i cypryjski Anorthosis. Skromny dorobek punktowy i bramkowy Interu w tym sezonie Ligi Mistrzów nie znajdzie zapewne miejsca w trenerskim CV Jose Mourinho. Tym bardziej, że porażka z Czerwonymi Diabłami pozwoliła zepchnąć ten niefortunny rok w zapomnienie. Mourinho dopiero zasiadał do najważniejszego rozdziału

Mekka Interistów

Ten sezon i ten triumf każdy chyba zna na pamięć. Można tworzyć o nim epopeje, rozpisywać się w nieskończoność i zachłysnąć się nim raz po raz. Mało, że zwieńczył piękne piłkarskie kariery, ukoronował ważną prezydenturę, to jeszcze zwieńczył okres 8lat nieprzerwanych występów w Lidze Mistrzów, podczas których tylko raz Inter nie wyszedł z grupy.

Lada chwila nasza redakcja przedstawi płomienne wspomnienia rodem z Włoch z tamtego czasu, odświeżając emocje, tak bliskie i ważne dla każdego z nas. To był nasz turniej, w którym nie zabrakło dramaturgii, skutkującej narodzinami prawdziwych zwycięzców. To, że w fazie grupowej mierzyliśmy się z Barceloną jest oczywiste. Sukces musiał zatem przyjść. Cześć Jego Pamięci!

Doczesność i czarna dziura

Obrońcy trofeum w kolejnym sezonie rozczarowali. Nie tyle osiągniętą fazą turnieju, co wynikiem dwumeczu z rywalem jak najbardziej w ich zasięgu. Schalke w dwumeczowym stosunku 7-3 zakończyło na poziomie 1/4 udział Interu w Lidze Mistrzów. Był to o tyle zaskakujący koniec, że fazę wcześniej Inter wyeliminował Bayern Monachium. Gola na wagę awansu zdobył Goran Pandev, a szaleństwo ponownie zagościło w szatni Interu.

Wcześniej, w fazie grupowej Inter mierzył się z Tottenhamem, Werderem i Twente, zajmując drugie miejsce w grupie. Więcej o meczu z Kogutami znajdziecie w najnowszej zapowiedzi.

Ostatni występ Interu w Lidze Mistrzów jaki pamiętamy miał miejsce w sezonie 2011/2012. Faza grupowa, nie bez problemów, pozwoliła uplasować się przed CSKA, Trabzonsporem i Lille. Claudio Ranieri nie zdołał w 1/8 przeciwstawić się Olympique Marsylia i dość niespodziewanie Liga Mistrzów zostawiła Nerazzurich w czarnej otchłani. Na pociechę Inter dwie bramki w tych meczach tracił w doliczonym czasie gry.

Karencja wydawała się nie mieć końca aż do dziś. Pora więc napisać nową historię w Lidze Mistrzów.

Źródło: informacja własna

Polecane newsy

Komentarze: 3

Maciej Pawul

Maciej Pawul

18 września 2018 | 07:05

Dzięki za wspominki, jak już pisałem, jest nostalgia:)

Darkos

Darkos

18 września 2018 | 09:09

Nostalgia jest. Oby dzisiaj była też odrobina radości.

inter00

inter00

18 września 2018 | 18:31

Piękne czasy


Reklama

Reklama

Piłkarze urodzeni dziś

  zobacz wszystkich