Zieliński: Myślę tylko o Interze. Chivu jest wyjątkowy, Bastoniego trzeba bronić

11 kwietnia 2026 | 09:24 Redaktor: Paweł Świnarski Kategoria:Wywiady7 min. czytania

Piotr Zieliński ma już za sobą cztery włoskie etapy: Udine, Empoli, Neapol i teraz Mediolan, gdzie kontynuuje karierę w barwach Nerazzurrich. W rozmowie z „Corriere dello Sport” pomocnik Interu podsumowuje trwający sezon, podkreślając, jak ważna jest dla niego stolica Lombardii także w życiu prywatnym. W Mediolanie urodziła się moja córka, więc to miasto na zawsze pozostanie w moim sercu – przyznaje. Jednocześnie ponownie jasno stawia cel: scudetto. Zostało 7 meczów… Zrobimy wszystko, żeby je wygrać. Jesteśmy w świetnej dyspozycji. Po przerwie na kadrę, już po treningach i meczu z Romą było widać, że coś się zmieniło. Wszyscy wrócili z odpowiednią energią. A ci, którzy mieli za sobą rozczarowania z reprezentacją, odstawili je na bok.

To prawda, że rozmawialiście w szatni przed meczem z Romą?

- Takie momenty są zawsze bezcenne. Musieliśmy ze sobą szczerze porozmawiać. Powiedzieliśmy sobie, że jeśli naprawdę chcemy wygrać, musimy wrzucić wyższy bieg i przyspieszyć. Rozczarowania z kadr trzeba przekuć w dodatkową energię, by zdobyć scudetto. Zwycięstwo to cel, który mamy w głowach od początku sezonu.

To była kolejna demonstracja siły bardzo zgranego zespołu, który w ostatnich latach robi różnicę. Wyczuwalny był ten klimat od samego początku?

- Tak, od razu. Zostałem przyjęty świetnie i wcale nie było mi trudno się zaaklimatyzować. To prawda, że w poprzednim sezonie miałem kilka problemów, ale na pewno nie z kolegami z drużyny. Pochodzimy z wielu różnych krajów, ale czuję się tu jak w rodzinie.

Dziś jest pan jednym z głównych bohaterów tej drużyny.

- Po pierwszym sezonie, w którym nie pokazałem wszystkiego, na co mnie stać, zrozumiałem, że muszę coś poprawić – zarówno pod względem fizycznym, jak i mentalnym. Zacząłem od siebie, a potem trafiłem na nowy sztab, który potrafił odpowiednio wykorzystać moje atuty.

Różnica narodziła się także na ławce, po przejściu od Inzaghiego do Chivu?

- W rzeczywistości z Inzaghim też miałem świetne relacje. Był jednym z tych, którzy bardzo chcieli mnie w Interze. Żałuję, że nie mogłem dać drużynie więcej. To i tak był fantastyczny sezon. Finał Ligi Mistrzów zakończył się źle, ale samo dotarcie tam to coś wyjątkowego. O Chivu mogę powiedzieć, że to dla mnie wyjątkowa osoba. Kiedy przyszedł, wciąż byłem kontuzjowany: porozmawiał ze mną, dał mi zaufanie, jasno pokazując, że na mnie liczy. Pracowałem, żeby jak najszybciej wrócić. Znał moje zalety, ale chciał je widzieć w każdym treningu. Cieszę się, że został trenerem Interu.

Wspomniał pan też o sztabie. Zmiana metod przygotowania również okazała się pomocna?

- Z Rapettim, naszym szefem przygotowania fizycznego, świetnie pracowało mi się już w Empoli, gdzie rozegrałem bardzo dobry sezon. Znał mnie, więc to na pewno było dla mnie ułatwieniem.

A kwestia pozycji? Teraz bez problemu gra pan zarówno jako regista, jak i mezz’ala.

- Już w zeszłym sezonie zdarzało mi się występować na różnych pozycjach, ale nie byłem do końca przekonany. Teraz odsunąłem na bok narzekanie i drobne urazy. Kluczowa była zmiana nastawienia. Powiedziałem sobie: mam dobrą technikę, podanie, przegląd pola, więc nie ma nic, co mogłoby mnie przestraszyć. I tak właśnie jest. Moja ulubiona pozycja to jednak wciąż mezz’ala.

Jaki moment z dotychczasowej przygody w Interze zapisał się w pamięci najmocniej?

- Powiedziałbym, że gol na 3:2 z Juventusem. Bramka praktycznie w ostatnich minutach, przeciwko takiemu rywalowi, w derbach Włoch. Co może być lepszego?

W meczu z Romą wrócił Lautaro. Choć znów musiał się zatrzymać, jak duże znaczenie ma on dla drużyny i szatni?

- Ogromne. To lider, wzór do naśladowania, fundamentalna postać i jednocześnie kluczowy piłkarz. Jest mistrzem na boisku i wyjątkowym człowiekiem poza nim. Zaraz po porażce Polski ze Szwecją wysłał mi wiadomość z podziękowaniem i wsparciem, żeby mnie podnieść przed powrotem do Mediolanu. Tak samo zrobił z chłopakami ze Squadra Azzurra. To właśnie te drobne, wielkie gesty zmieniają mentalność. Wtedy chcesz dać z siebie wszystko dla niego, dla drużyny, dla klubu.

O czym rozmawialiście z reprezentantami Włoch?

- Wymieniliśmy się wrażeniami. Ale mecze Polski i Włoch były zupełnie inne. My przegraliśmy już w 90. minucie, więc później miałem nadzieję, że Włosi dadzą radę w dogrywce albo w karnych. Poszło źle, dlatego rozczarowanie było podwójne.

Bastoni spotkał się z falą krytyki za czerwoną kartkę, która dołożyła się do polemik po meczu z Juventusem.

- Widziałem, że był rozczarowany jak wszyscy, ale jednocześnie gotowy, żeby odpowiednio zareagować.

Przesada, to co się wokół niego dzieje?

- Czerwona kartka może się przydarzyć każdemu. To w końcu tylko mecz piłki nożnej. A o sytuacji z Juventusem nawet nie mam ochoty mówić. Wielu mistrzów i byłych obrońców, jednych z najlepszych na świecie, przyznało, że czasem podkreślało pewne kontakty, żeby zyskać przewagę. Naprawdę nie rozumiem tych wszystkich gwizdów pod jego adresem.

Wracając do ligi: po bezpośrednim starciu w poniedziałek, ostatnim rywalem w walce o tytuł pozostał Napoli. To właściwy obraz sytuacji?

- Napoli, ale także Milan i sama Juve mają ogromny potencjał. To drużyny pełne mistrzów i piłkarzy wysokiej jakości, prowadzone przez świetnych trenerów, którzy już udowodnili, że potrafią wygrywać. Nigdy nie można czuć się w pełni bezpiecznie, nawet jeśli jest się na czele.

Zdobycie tytułu właśnie wyprzedzając Napoli byłoby dla pana symbolicznym domknięciem pewnego etapu?

- Nie, dla mnie niczego by to nie zmieniło. Teraz gram w Interze i interesuje mnie tylko to, żeby być pierwszy, niezależnie od tego, kto jest za nami. Czy ktoś skończy drugi, trzeci czy czwarty, nie ma większego znaczenia. Oczywiście, że Napoli darzę sympatią. Spędziłem tam osiem lat i życzę im jak najlepiej. Ale dziś myślę wyłącznie o Interze.

Czyli: scudetto do zdobycia w ostatnich siedmiu kolejkach, a potem? Jakie ma pan przewidywania na przyszły sezon?

- Najpierw musimy wygrać mistrzostwo. Potem oczywiste jest, że spróbujemy podnieść poprzeczkę jeszcze wyżej. Zespół jest. Resztę zna tylko klub. Ja na pewno wrócę z ogromną chęcią do pracy, wreszcie po pełnych przygotowaniach na najwyższym poziomie, których w ostatnich dwóch latach nie mogłem przepracować. Marzeniem jest oczywiście być bardziej konkurencyjnym w Europie, tak jak w poprzednim sezonie, gdy graliśmy niesamowite mecze.

Dlaczego w tym roku się to nie udało?

- Szczerze mówiąc, sam do końca nie wiem. Chcę jasno powiedzieć, że nie zlekceważyliśmy Bodø/Glimt. Wszyscy mieliśmy w głowie ich zwycięstwa z Atletico i City. Był temat murawy w Norwegii, ale na pewno mogliśmy zrobić więcej. W rewanżu na San Siro byliśmy przekonani, że odrobimy straty, a tymczasem… Niestety, to też jest część futbolu. Rok temu byliśmy o krok od wygrania prawie wszystkiego, a ostatecznie nie zgarnęliśmy nic. Zostawmy za sobą europejskie rozczarowanie i skupmy się na dwóch trofeach, które wciąż możemy i musimy podnieść.

Źródło: fcinternews.it

Zestawy bitów udarowych SHOCKWAVE™ IMPACT DUTY - Milwaukee - kupisz w mspot.pl

Polecane newsy

Komentarze: 0


Reklama

Reklama

Piłkarze urodzeni dziś

  zobacz wszystkich