Ausilio odsłania kulisy: rynek, Dumfries, Lukaku, Balotelli i narodziny dzisiejszego Interu

8 czerwca 2026 | 10:32 Redaktor: NerioCorsi Kategoria:Wywiady29 min. czytania

Piero Ausilio był gościem najnowszego odcinka Supernova, podcastu prowadzonego przez znanego kibica Interu, Alessandro Cattelana. Dyrektor sportowy Nerazzurrich opowiedział w długiej rozmowie o kulisach pracy, rynku transferowym, relacjach z piłkarzami i o najważniejszych momentach swoich 28 lat w klubie.

Praca dyrektora sportowego po sezonie

- Kiedy kończy się sezon, dla piłkarzy oznacza to miesiąc wakacji, oczywiście dla tych, którzy nie jadą na mundial. Dyrektorzy sportowi w praktyce pracują przez cały rok, albo prawie. Po zakończeniu ligi można wyrwać może dwa, trzy dni, żeby odświeżyć głowę i przygotować się do nowego sezonu. Dla mnie trudno to nazwać pracą, to pasja, którą mam w sobie. Nie ciąży mi to, robię to z przyjemnością, a na wakacje jeszcze przyjdzie czas, raczej po oknie transferowym. Na emeryturę nie patrzę, bardziej myślę o tym, ile urlopu musiałbym wziąć, żeby nadrobić to, co przepadło przez te 28 lat. Przerwy na kadrę? To wtedy zwykle odpoczywam. W tym roku świetnym pomysłem było połączenie wrześniowej i październikowej przerwy w jedną, trzytygodniową. Wtedy wreszcie powinno się udać wyrwać 15 porządnych dni wakacji gdzieś daleko.

Plotki transferowe i sytuacja Dumfriesa

- Prawie zawsze to, co czytam w gazetach, nie pokrywa się z rzeczywistością, ani z faktami, ani z czasem ich zaistnienia. Rozumiem jednak codzienną presję mediów, potrzebę ciągłego podawania newsów. Kiedyś poprosiłem, żeby zliczyć wszystkie nazwiska piłkarzy łączonych z Interem w jednym letnim oknie. Wyszło ponad 200 zawodników. To na pewno nie jest sposób na robienie rynku. W przypadku Dumfriesa kluczem była relacja z piłkarzem i jego agentem – bardzo szczera i uczciwa. Przy ostatnim przedłużeniu kontraktu on już wtedy mówił, że chciałby spróbować nowego doświadczenia, zbliżał się do trzydziestki. Dlatego zgodziliśmy się na wyjątkową, jak na Inter, klauzulę odejścia. Rok temu nie została wykorzystana, choć z jego punktu widzenia to już mógł być właściwy moment na transfer. Został, mimo kontuzji, a gdy był do dyspozycji, dał swój wkład. Zdobyliśmy znowu Scudetto i Coppa Italia. Teraz wydaje się, że nadszedł odpowiedni moment dla wszystkich, żeby pójść inną drogą. Pojawiła się dobra okazja.

Strategia Interu na rynku transferowym

- Rynek jest bardzo trudny, zwłaszcza jeśli spojrzymy na możliwości inwestycyjne klubów z Anglii, dwóch wielkich hiszpańskich czy Bayernu. Włoskich klubów, pomijając udział w europejskich pucharach i wpadki, jak w tym roku Milanu czy Juventusu, finansowo nie dzieli aż tak wiele. Inter od lat działa według jednej, spójnej linii: mówimy o zrównoważeniu, trzeba coś sprzedać, żeby dobrze kupić. Najlepszych piłkarzy, jeśli tylko się da, staramy się zatrzymać. Teraz aktualnym tematem jest odejście Dumfriesa. Zastąpi go zawodnik równie ważny, silny, może młodszy. A my spróbujemy utrzymać trzon najlepszych, aby kontynuować drogę, którą idziemy od 6–7 lat. Dla nas kluczowe jest, by Inter co roku zaczynał sezon z ambicją walki o Scudetto, o Coppa Italia i o ważny udział w Lidze Mistrzów. Raz uda się dojść do końca, innym razem nie, ale poziom konkurencyjności musi być zawsze gwarantowany nam i kibicom.

Ulgi podatkowe i problemy systemowe Serie A

- Kilka lat temu można było ściągać piłkarzy z zagranicy lub Włochów wracających po co najmniej dwóch latach pobytu za granicą, korzystając z istotnych ulg podatkowych. Wszyscy z tego korzystali, my też – choćby przy Dumfriesie. Potem ci zawodnicy mogli swobodnie poruszać się po Serie A, wciąż mając ten przywilej. Dziś to już niemożliwe, ten bonus zniknął i trzeba szukać innych rozwiązań. Niezależnie od pojedynczych pomysłów, w Serie A, w Lega i w Federacji trzeba wreszcie zacząć myśleć systemowo. To największy problem: każdy patrzy wyłącznie na swój interes, boi się spadku, utraty praw telewizyjnych, mniejszych wpływów przy ewentualnym zmniejszeniu liczby klubów. Nikt nie patrzy na całość. Nie wystarczy rano powiedzieć: zróbmy to, będzie lepiej. Trzeba usiąść razem przy jednym stole. Relacje między klubami są dobre, ale każdy naturalnie broni swojego podwórka. Ja nie uczestniczę na co dzień w pracach Ligi, w Interze zajmują się tym inni, ale z tego, co wiem, właśnie brak myślenia systemowego wszystko blokuje. Wiele razy mówiło się o redukcji liczby drużyn. To nie mój fach, ale wyobrażam sobie, że liga z 18 zespołami, z kilkoma meczami mniej, dałaby wszystkim ten słynny wolny miesiąc – na kadrę, na zgrupowania, na tydzień odpoczynku więcej dla piłkarzy, którym jest on bardzo potrzebny, bo poważnych kontuzji jest coraz więcej. Można by też lepiej zachęcać do stawiania na młodzież. Ale widzę, że zrobienie takiego kroku jest bardzo trudne.

Presja mediów i reakcje klubu

- Wolelibyśmy pracować w spokojniejszych warunkach. Czasy się zmieniły, konkurencja między mediami jest ogromna. Dziś wystarczy wrzucić coś do internetu, nie trzeba czekać na gazety. Wystarczy, że ktoś puści wiadomość – prawdziwą czy nie – a my jesteśmy zmuszeni reagować, i to jest najbardziej uciążliwe, zwłaszcza gdy to nieprawda. Staram się być poważnym profesjonalistą, także wobec dziennikarzy. Jeśli mają prawdziwą informację, ale nie jest jeszcze moment, proszę tylko o odrobinę cierpliwości. Czasem nawet gratuluję, że udało im się ją zdobyć inną drogą niż oficjalna. Relacja jest ważna. Problem zaczyna się wtedy, gdy z jednej, fałszywej wiadomości musisz tłumaczyć się wszystkim pozostałym, którzy boją się, że coś przegapią. I nagle jeden tekst uruchamia lawinę telefonów.

Wartość Barelli i realia sprzedaży

- Wycena Barelli na 45 milionów jest całkowicie błędna. Są obiektywne parametry: wiek, długość kontraktu, poziom występów – one dają podstawowy obraz wartości. Do tego dochodzą zmienne subiektywne, związane z momentem i z popytem. Jeśli wystawiasz piłkarza na rynek i zgłasza się pięć, sześć klubów, możesz pozwolić sobie na swego rodzaju licytację i wyciągnąć maksimum. Jeśli natomiast zawodnik jest dla ciebie nadwyżką i próbujesz go ulokować, a chętnych brakuje, to i cena będzie niższa od tej, którą miałeś w głowie. Dziś sprzedaż do Anglii jest zdecydowanie najbardziej opłacalna. Przez dwa, trzy lata podobną szansą była Arabia Saudyjska – telefon z tamtejszego klubu oznaczał zwykle większy zysk. Nam brakuje też mocnego rynku wewnętrznego. Bardzo trudno jest sprzedawać i kupować między sobą. Ile transferów między Interem, Juve a Milanem pamiętamy z ostatnich 4–5 lat? Prawie żadnych. Czasem korzysta się z sytuacji piłkarza z wygasającym kontraktem, jak u nas z Calhanoglu, ale transakcje między czołówką – Inter, Juve, Napoli, Milan, Roma – to rzadkość. Wszyscy wolą sprzedawać za granicę. Barella? Bardzo prosto: Barella nie jest na sprzedaż, więc nie ma ceny.

Ryzyko oceniania piłkarzy po turniejach

- Turnieje typu mundial czy Euro trochę mnie przerażają. Zastanawiałem się ostatnio, czy w ogóle wysyłać tam skautów. Ostatecznie trzeba, bo wypada być obecnym, choć ten mundial logistycznie jest bardzo skomplikowany. Łatwo się naciąć. Miesiąc życia piłkarza, miesiąc eksplozji formy może się zdarzyć każdemu. Pamiętam zawodników, którzy zachwycali na mistrzostwach, po czym przechodzili do wielkich klubów i znikali, nie spełniając oczekiwań. Ci naprawdę mocni przyjeżdżają na mundial już z jakością, charakterystyką i wartością. Zawsze będzie jakiś wyjątek, ale częściej trafia się na „fajerwerki” jednego turnieju niż na realne wzmocnienie. Tym bardziej w warunkach ekstremalnych – wysokie temperatury, ogromne podróże – łatwiej o to, że gwiazdy zagrają poniżej poziomu, a błysną piłkarze, którzy potem nie są w stanie tego powtórzyć.

Organizacja scoutingu w Interze

- My pracujemy w sposób kompletny. Nie mamy skautów wyłącznie od wideo ani wyłącznie od meczów na żywo. Mówię teraz tylko o pierwszej drużynie, bo osobno funkcjonuje struktura dla młodzieży – dla dzieci z Mediolanu i Lombardii oraz dla nastolatków powyżej 14. roku życia z innych regionów, z pełnym wsparciem edukacyjnym. W pierwszym zespole wygląda to tak: mamy szefa scoutingu, który codziennie współpracuje ze mną, i pięciu skautów, wszyscy Włosi. Część mieszka w Lombardii, część poza nią. Szef dzieli im kraje – te najważniejsze, tak by pokryć cały rynek: Europę, Amerykę Południową. Mało pracujemy z Azją i Afryką, także ze względu na przepisy utrudniające rejestrację. Obejmujemy całą Italię, całą Europę i prawie całą Amerykę Południową, kraje najsilniejsze pod względem talentu. Każdy skaut ma 3–4 ligi do śledzenia na wideo co tydzień – pierwszą i drugą. To pełen etat dla Interu, sami organizują sobie czas, ale pod koniec tygodnia muszą mieć obejrzane wszystko, co dana liga oferuje. Do tego dochodzą mecze na żywo – te same osoby jeżdżą na stadiony. Oczywiście śledzimy Ligę Mistrzów, Ligę Europy, Conference League. Nie jest powiedziane, że skaut, który na wideo ogląda jedną ligę, w weekend nie pojedzie na mecz innej. Potem krzyżujemy informacje z wideo i z trybun, zawężamy listę obserwowanych, aż zostanie po trzech–czterech na pozycję. Wtedy zaczyna się praca szczegółowa i wspólne narady ze mną i szefem scoutingu.

Początki kariery Piero Ausilia

- Moja droga? Skończyłem z graniem bardzo wcześnie, po kontuzji kolana. Nawet nie zacząłem kariery na poziomie profesjonalnym. Grałem w Pro Sesto, w wieku 18 lat, po urazie, było po wszystkim. Miałem jednak szczęście od razu zacząć pracę w Pro Sesto w sektorze młodzieżowym. W małym, choć profesjonalnym klubie robiło się wszystko po trochu: z prezesem, dyrektorem sportowym, szefem akademii. Zajmowałem się selekcją, transferami, chciałem być na boisku. Prezes Giuseppe Peduzzi widział we mnie przyszłego działacza, ja marzyłem o trenowaniu. On jednak zmusił mnie do ścieżki menedżerskiej. W 1998 roku trafiłem do Interu jako sekretarz sektora młodzieżowego – praca, której nie lubiłem, ale wykorzystałem ją jako wejście do klubu. Z czasem zostałem szefem akademii, a potem przez lata byłem de facto „numerem dwa” przy dyrektorze sportowym Brance. Nie mając bezpośredniej odpowiedzialności za pierwszy zespół, mogłem dużo podróżować – do Ameryki Południowej, po Europie i Włoszech. Tam zbudowałem know-how i sieć kontaktów z agentami i ludźmi, z których korzystam do dziś.

Rodziny piłkarzy i rola agentów

- Jeśli chodzi o rodziny piłkarzy, pamiętam długie negocjacje z byłym kapitanem Interu, w których mocno uczestniczyła jego żona. To było nowe doświadczenie. Dziś, z perspektywy czasu, widzę, że coraz częściej rodziny są bezpośrednio zaangażowane w zawodowe decyzje piłkarza. I mówię „niestety”, bo uważam, że rodzic, żona czy brat powinni bardziej dbać o wychowanie, rozwój poza boiskiem, a kwestie kontraktowe powierzać profesjonalistom – ludziom wykształconym, z odpowiednimi kompetencjami do prowadzenia negocjacji. Dziś widzimy też ogromną rotację agentów, piłkarze zmieniają ich co sześć miesięcy, trudno o stałe punkty odniesienia. Icardi? Mam też sympatyczne wspomnienia związane z Wandą. W pewnym sensie wyprzedziła to, co widzimy teraz. Ostatecznie i tak oparła się na profesjonalistach, bo sama nie mogła wszystkiego ogarnąć, ale tamten okres był… powiedzmy, ciekawy.

Pierwsze doświadczenia przy pierwszej drużynie

- Zlatana lepiej poznałem później, bo wtedy byłem jeszcze mocno związany z sektorem młodzieżowym, więc tylko się minęliśmy. Na stałe przy pierwszej drużynie zacząłem pracować w sezonie 2009/2010. Pierwszy mecz Interu, który oglądałem jako pracownik klubu, to finał w Paryżu w 1998 roku, ale wtedy byłem sekretarzem akademii. Pierwszy wyjazd z pierwszą drużyną to Kijów. Zacząłem i już nie przestałem, od tamtej pory widziałem praktycznie wszystko. Pamiętam piękną anegdotę: byłem w Brazylii, żeby spotkać się z Coutinho. Dzwonią z Mediolanu: Oriali źle się czuje, prezydent chce, żebym poleciał na wyjazd. Wylatuję z 35 stopniami, w japonkach i bermudach, bo tak się tam chodzi na mecze. Patrzę na prognozę w Kijowie: z plus 35 na minus 10–15. Pamiętam obrazki z ławki: piłkarze w grubych kurtkach, z zasłoniętymi twarzami, tylko oczy było widać. Poszedłem do magazynierów, zaopatrzyłem się we wszystko – rękawiczki, bieliznę termiczną, najcieplejszą kurtkę. A potem okazało się, że mecz oglądałem z loży ze stałą temperaturą 30 stopni, obok Bedy Moratti. Byłem spocony jak po treningu. To było pierwsze doświadczenie. Patrząc wstecz, uważam, że prawdziwym „momentem przełomowym” Ligi Mistrzów w sezonie Triplete był właśnie ten wieczór w Kijowie.

Zlatan Ibrahimović w roli działacza

- Jeśli chodzi o Ibrę i jego obecną rolę, nie znam od środka dynamiki Milanu ani sposobu, w jaki Zlatan pracuje. Wolę się do tego nie mieszać. Mogę powiedzieć ogólnie: bycie wielkim piłkarzem pomaga, bo znasz szatnię, mechanizmy, wiesz, jak podchodzić do pewnych sytuacji. Ale jeśli nie pójdziesz za tym aktualizacją wiedzy, studiowaniem, zrozumieniem nowej rzeczywistości i konfrontacją z ludźmi, którzy robią to od dawna, możesz mieć problem.

Dialog jako podstawa zarządzania

- Z charakteru jestem za dialogiem. Jestem przekonany, że rozmawiając, zawsze możesz dojść do celu – czy chodzi o negocjacje, czy o upomnienie, czy o kwestię dyscyplinarną wobec zawodnika. Rozmowa pozwala wejść w głowę piłkarza, przekonać go. Zamiast walić pięścią w stół, lepiej rozwiązać sprawę dialogiem. Oczywiście są momenty, w których trzeba podnieść głos, uderzyć w stół, użyć ostrzejszego tonu – to też bywa potrzebne. Ale w Interze od lat nie mieliśmy żadnych spektakularnych, poważnych incydentów. Poziom profesjonalizmu bardzo wzrósł – na treningach i poza boiskiem. Zdarzają się drobne rzeczy, spóźnienie, drobne przewinienie – wtedy reagujemy. Najpierw upomnienie, normalna rozmowa: tak się nie robi. Zwykle pierwszy reaguje trener i drużyna. I słusznie, bo regulamin wewnętrzny obowiązuje przede wszystkim w szatni, między kolegami. Potem jest trener, codzienność powinna być zarządzana przez nich. Rola dyrektora sportowego to raczej interwencje tygodniowe czy miesięczne, a nad nim są jeszcze osoby z jeszcze wyższym mandatem. Każdy ma swój poziom ingerencji.

Żal związany z karierą Balotellego

- Balotelli? To musi być dla mnie wielki żal. Jego drogę śledziłem od początku, jako szef akademii. To ja prowadziłem negocjacje, choć oczywiście za wszystkim stoją ludzie ze sztabu i prezes, który płaci. Kiedy Balotelli przychodził do Interu, grał już w pierwszej drużynie Lumezzane w Serie C1. Miał 16 lat, a my, właśnie z powodów wychowawczych, włączyliśmy go do zespołu Allievi, czyli U-16. On powtarzał, że już gra w pierwszej drużynie, ale Inter to inny świat. Mówiliśmy: zacznij w U-16, pokaż, że zasługujesz na więcej, zobaczymy. W grudniu musieliśmy przenieść go do Primavery, bo jego przewaga nad rówieśnikami była wręcz kompromitująca – nie dało się tego oglądać. W Primaverze, dwa–trzy roczniki niżej, też dominował. Z nim wygraliśmy Scudetto, Viareggio, strzelał gole z niesamowitą łatwością. Do pierwszej drużyny wprowadził go Mancini. Jak taki start i taki potencjał ma nie pozostać żalem? Dwa lata z Mancinim były naprawdę świetne, wszystko wskazywało, że będzie nowym wielkim crackiem włoskiej piłki. I w pewnym sensie był, ale potem nie utrzymał tego poziomu, bo pojawiły się inne rozpraszacze. Po wyjściu z sektora młodzieżowego, w pierwszej drużynie, potrzebny jest kolejny etap dojrzewania, którego on prawdopodobnie nie przeszedł.

Lata wyrzeczeń i sprzedaże talentów

- W ostatnich dziesięciu latach zmieniliśmy właściciela czterokrotnie. Był okres dwu–trzyletnich trudności, kiedy wszyscy uczyliśmy się, czym jest Financial Fair Play, settlement agreement i inne mechanizmy, które miały niewiele wspólnego z czystą stroną sportową. Trzeba było przede wszystkim domykać bilans, a nie kupować najlepszych. To były trudne lata, w których musieliśmy poświęcić talenty, jak Kovacic czy Coutinho. Nie mogliśmy ich zatrzymać, bo zasługiwali na inne sceny, a klub potrzebował wpływów. Kovacicia pamiętam doskonale – wzięliśmy go jako 18-latka, miał być fundamentem Interu na 10–15 lat. Fantastyczny chłopak, niesamowity zawodnik. Oferta była dobra, potrzeby klubu jasne – został sprzedany, a potem wygrał Ligę Mistrzów wszędzie. Czasem bierze się piłkarzy, patrząc też na to, ile szczęścia przynoszą. W jego przypadku była jakość i zwycięskie DNA. Coutinho? Odkryliśmy go, gdy miał 16 lat, ale mógł przejść dopiero po osiemnastce. Wtedy pracowałem dla Branki, on też się w nim zakochał. Ja jeździłem kilka razy do Brazylii, oglądałem go, rozmawiałem z rodziną, żeby wiedzieli, że czekamy. Trafił do Interu po Triplete, do wciąż bardzo mocnej, ofensywnej drużyny. Pierwszy rok u Beniteza, ale nie znalazł miejsca, fizycznie był jeszcze w fazie dojrzewania. Nie był gotowy na tamten Inter. Pojawiła się dobra oferta z Liverpoolu, został sprzedany. Tam eksplodował, potem trafił do Barcelony, a po tym transferze jego kariera zaczęła się lekko pochylać w dół.

Przypadek Gabigola i początki Suningu

- Gabigol? U nas zrobił niewiele, w pewnym momencie stał się wręcz obiektem żartów. Można by powiedzieć: pomylili się, błysk w Brazylii, a w Europie nie wyszło. Tymczasem wrócił do ojczyzny, znów zaczął strzelać mnóstwo goli, wygrał nawet Libertadores, strzelając w finale. Prawda jest taka, że w tamtym okresie dopiero co pojawiło się Suning, ale bez struktury, która potem naprawdę rozwinęła Inter, bez obecności Stevena Zhanga. Byliśmy w fazie wzajemnego poznawania się. Mieliśmy chińskiego administratora, prawników, urzędników, przewijało się mnóstwo ludzi. Pojawiali się wpływowi zagraniczni agenci, którzy podsuwali piłkarzy właścicielom. Szczerze mówiąc, wtedy bardzo trudno było mi się bronić, nie mogłem wykonywać swojej pracy tak, jak chciałem. Mieliśmy wybranego Gabriela Jesusa, prowadziliśmy negocjacje, ale w tamtym momencie Manchester City z Guardiolą był dla niego bardziej atrakcyjny. Został nam „brakujący Gabriel”, ktoś powiedział, że i tak potrzebujemy „jakiegoś Gabriela”, i wzięto Gabigola, który miał świetne liczby w Brazylii – co potem potwierdził po powrocie. Nie był jednak zawodnikiem wytypowanym przez dział sportowy, żeby poprawić Inter na tamtym etapie. Kadra miała już jakość, a on niczego nie dodawał. To był szczególny okres, na szczęście krótki – pierwsze 3–4 miesiące, z naciskami także przy wyborze trenera, pamiętacie przyjście zagranicznego szkoleniowca, który nie miał szczęścia. Potem sytuacja się ustabilizowała, zaczęliśmy pracować poważniej, przyszedł Pioli, struktura się umocniła wraz z przyjazdem Stevena Zhanga. Od czerwca zaczął się, moim zdaniem, prawdziwy początek obecnego Interu, który z czasem się tylko konsolidował.

Spalletti, Conte i odbudowa Interu

- Przyjście Spallettiego to moment, w którym zaczęliśmy robić wszystko w odpowiedni sposób. Budowaliśmy drużynę razem, rozmawiając o każdym kroku. Nie mieliśmy jeszcze takich możliwości finansowych jak później, ale praca była poukładana. Spalletti przyniósł dyscyplinę, zasady, nowoczesny pomysł na futbol. Świetny, doświadczony, autorytatywny trener. Bardzo dobrze się z nim współpracowało. To on przywrócił Inter do Ligi Mistrzów. Dlatego uważam, że to był prawdziwy początek, bo Champions League oznacza nowe przychody, stabilniejsze finanse. Potem nadszedł rok, w którym zrobiliśmy duże inwestycje, ten skok jakościowy: kupiliśmy Barellę, chcieliśmy od razu zbudować drużynę zdolną walczyć o tytuł. Po powrocie do Ligi Mistrzów kolejnym krokiem była walka o Scudetto. Sprowadziliśmy Lukaku za 75 milionów, to wciąż rekordowy transfer w historii klubu, podobnie jak jego późniejsza sprzedaż. Sprzedaliśmy go za 116 milionów, więc obie operacje się obroniły. Przyszli też inni ważni zawodnicy i trener najwyższej klasy, Conte. W pierwszym sezonie zagraliśmy w finale Ligi Europy, w drugim zdobyliśmy mistrzostwo. Potem pojawił się Simone Inzaghi, a my kontynuowaliśmy zwycięski marsz, który doprowadził nas do dziś. Zawsze byliśmy w czołówce – kiedy nie wygrywaliśmy, przegrywaliśmy finał Ligi Mistrzów lub kończyliśmy ligę punkt za mistrzem.

Rozmowa z Lukaku po latach ciszy

- Z Lukaku byliśmy związani mocno, także na poziomie osobistym. Aktualnie, po trzech latach ciszy, znów rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu w Monte Carlo, przy okazji pewnego wydarzenia. Znajomi zorganizowali spotkanie. Uściskaliśmy się. Powiedziałem mu wprost, co o tym wszystkim myślę: popełnił błędy w sposobie zarządzania tamtymi sytuacjami. Mógł mieć swoje racje, był rozczarowany, że nie zagrał w finale, czuł się może niedoceniony. Ja byłem przekonany, że gdybyśmy wtedy usiedli i porozmawiali – on ze mną, z Simone – sprawę załatwilibyśmy szybko. Może dziś nadal byłby w Interze jako protagonista. Zamiast tego wybrał Chelsea, inną drogę. W pewnym momencie po prostu zniknął. Wysyłał nam wcześniej nagrania z treningów, rozmawialiśmy o tym, jak zbudować zespół. Cieszył się z przyjścia Thurama, rozmawiał z Lautaro. I nagle – cisza.

Transfer Thurama i zmiana pozycji

- Thurama mieliśmy na radarze już kilka lat wcześniej, z myślą o zmianie jego pozycji. Grał w Borussii Moenchengladbach, w sezonie, w którym odszedł Lukaku. Sprowadziliśmy Dżeko, był Lautaro i wspólnie z Inzaghim uznaliśmy, że idealnym trzecim napastnikiem będzie właśnie Thuram, choć wtedy grał jako skrzydłowy. Trzeba było porozmawiać z nim i z ojcem, wytłumaczyć, że widzimy go inaczej, że jego cechy idealnie pasują do naszego systemu gry. On był przekonany, że chce do nas, my byliśmy przekonani, że go bierzemy. I w niedzielnym meczu z Leverkusen zerwał więzadło poboczne, trzy miesiące przerwy, operacja upadła, a transfer przesunął się o dwa lata. Ostatecznie trafił do nas w idealnym momencie. Zbiegło się to z tym, że Lukaku nie zdecydował się kontynuować z nami. Thuram nie miał wtedy konkurencji, którą miałby przy Romelu, od razu został podstawowym napastnikiem i od pierwszego dnia udowodnił, że jest piłkarzem najwyższego poziomu.

Krótki okres z Gasperinim

- Okres z Gasperinim? To był czas, gdy byłem jeszcze zastępcą Branki. Wszystko działo się szybko, w specyficznych okolicznościach. Trzeba się cofnąć o wiele lat. Wybór trenera, który później udowodnił swoją ogromną wartość, był wówczas mocno utrudniony przez moment, w jakim znajdował się Inter. Kończyliśmy sezon z Leonardem, który przyszedł po Benitezie. Z nim zbudowaliśmy ostatnie sześć miesięcy, wygraliśmy Coppa Italia, w lidze byliśmy drudzy, odpadliśmy w ćwierćfinale Ligi Mistrzów ze Schalke w absurdalnych okolicznościach, ale wszystko wskazywało na to, że z Leo można budować projekt na kilka lat. On jednak w czerwcu, tuż przed startem sezonu, zdecydował się przyjąć ofertę PSG. Musieliśmy działać w pośpiechu. To nie był odpowiedni moment. Dziś kwestionować jakość i wartość Gasperiniego to szaleństwo – od lat pokazuje, ile jest wart, w Atalancie i teraz w Romie.

Największe operacje transferowe Interu

- Lukaku kupiliśmy za dużą sumę i sprzedaliśmy za rekordowe 116 milionów. Jeśli chodzi o czystą pluswalencję, operacja Onany – z zera na ponad 50 milionów – jest chyba najwyższa w historii Interu, zbliżona do transakcji Ibrahimovic–Eto’o pod względem wartości. Największą satysfakcję daje jednak moment, gdy sprowadzony piłkarz się sprawdza. Myślę o transferach Thurama, Lautaro, Calhanoglu, ale też Zielińskiego czy Mkhitaryana. To historie, które „nakręcają”, bo wiesz, że wziąłeś ich za darmo albo w bardzo korzystnych warunkach. Lautaro kosztował nas ostatecznie nie więcej niż 20 milionów. Dumfries również został kupiony i sprzedany z zyskiem. Często zapominamy, że przez Inter przeszli też Cancelo i Hakimi. Ostatni trzej nasi prawy wahadłowi to właśnie Cancelo, Hakimi i Dumfries. Czwarty, którego teraz szukamy, oby był równie dobry. A kiedy transfer nie wypala? To normalne, że czujesz się odpowiedzialny. Problem całej naszej kategorii jest taki, że gdy idzie dobrze, zasługi rozkładają się na wielu ludzi w klubie, a gdy jest źle, wina spada na dyrektora sportowego – choć czasem to trener prosi o danego zawodnika albo ktoś inny forsuje transfer. Ja mam szczególną więź z Interem, jestem tu 28 lat, mam klub we krwi. Gdy piłkarz się sprawdza, jestem zachwycony. Gdy nie, cierpię może bardziej niż inni.

Zwycięska mentalność w szatni

- Są piłkarze z osobowością, charyzmą i szczególnym związkiem ze zwyciężaniem. Mają zwycięskie DNA i potrafią je przekazać. My często szukamy właśnie takich. Nie chodzi tylko o zdobyte trofea, bo one są efektem pracy całej drużyny, wielu czynników. Chodzi o energię, mentalność, wieczną niezgodę na porażkę, nawet na treningu. Widzisz to w ich podejściu do gierek, do rywalizacji z kolegami. Niektórzy dosłownie „zabijają się” fizycznie, żeby zawsze wygrać. Takich zawodników w każdej zwycięskiej drużynie musi być kilku, inaczej się nie da. Dlatego czasem sięga się po ludzi, którzy wygrywali w innych wielkich klubach. Przykład Akanjiego: w lipcu nikt nie myślał, że będzie dostępny. Potem okazało się, że jego klub ma inne plany, że może być na rynku. Zainteresowało się nim kilka zespołów. Kiedy bierzesz Akanjiego, wiesz, że przychodzi z Manchesteru City, że dużo wygrał, że pracował z Guardiolą. Oczekujesz, że przyniesie ci ten charakter, osobowość i zwycięską mentalność. I on to faktycznie pokazał.

Talenty z krajów byłej Jugosławii

- Rynek w krajach byłej Jugosławii jest pełen talentów. Mówimy o małych państwach – Chorwacji, Serbii – które jednak co roku produkują wielkich piłkarzy. Partizan, Crvena Zvezda, Dinamo Zagrzeb – tam nieustannie pojawiają się młodzi, którzy trafiają do wielkich klubów. My z Dinama wzięliśmy Brozovicia i wcześniej Kovacicia, teraz mamy też Scuciego, który również pokazuje typowe dla tamtego regionu DNA. Często mówi się o „głodzie”, o skromnych warunkach, które pomagają. Kiedyś chłopcy spędzali całe dnie, grając w piłkę na podwórku, w kościelnych ogródkach, na boiskach. Mieli piłkę przy nodze przez pięć godzin dziennie, bo to była ich zabawa. To coś innego niż dziecko, które przychodzi dwa–trzy razy w tygodniu na dwugodzinny trening i tyle. Dziś to straciliśmy. Dzieci mało czasu spędzają na zewnątrz, wszystko jest zorganizowane – szkoła, świetlica, kursy. Brakuje spontaniczności. Pamiętam, jak matki wołały nas z balkonów o ósmej wieczorem, bo wciąż graliśmy spoceni na boisku. Sam to przeżyłem, poprzednie pokolenia też. Dziś tego nie ma. A wtedy rodziło się więcej piłkarzy.

Negocjacje jako najciekawsza część rynku

- Najprzyjemniejsza część rynku zaczyna się po pracy skautów. Ich zadanie kończy się, gdy dostarczą raporty. Dziś do tego dochodzi ogrom danych statystycznych, analityka meczowa, nowe specjalistyczne role. Raporty są coraz bogatsze. Potem zaczyna się zabawa – negocjacje. Czasem piękne jest nawet to, że nie uda ci się kogoś kupić, bo wybierze inny klub. Cały proces – telefony, kolacje, kawy, spotkania – buduje ten zawód. Często równolegle prowadzisz cztery–pięć wątków, mając w głowie jeden, główny cel, choć najtrudniejszy. Musisz mieć plan B i C. To standard dla każdego dyrektora sportowego w każdym oknie. Całe Włochy wiedzą, że szukamy teraz obrońcy. Rozmawiamy z trzema–czterema, kontaktujemy się z agentami, trener rozmawia z piłkarzami na wideokonferencjach, budujemy relację. Tak samo robią inni. Wszyscy coś sobie obiecują, ale zawodnik mówi podobne rzeczy każdemu. Trzeba umieć się w tym poruszać. Blef? To część gry, choć nie w sposób przesadny. Jest granica powagi, poniżej której nie można zejść. Jeśli ktoś mnie zupełnie nie interesuje, nie będę udawał, że prowadzę negocjacje. Teraz nie wiem jeszcze, który z tych trzech–czterech obrońców ostatecznie do nas trafi, ale jedną z tych spraw musimy domknąć.

Agenci, piłkarze i wyjątkowy Mkhitaryan

- W przypadku piłkarzy prawie zawsze, w 99 procentach, rozmawiasz z agentem, nie z samym zawodnikiem. Trudno dziś mówić bezpośrednio z piłkarzem o pieniądzach. Mam tylko jeden przypadek gracza, który sam wszystko prowadzi, i to na poziomie znacznie wyższym od średniej. Jest ponadprzeciętny na boisku i poza nim. Zostanie w Interze. Domyślacie się, o kogo chodzi? Ormianin, który biega jak pociąg. Mkhitaryan jest z innego wymiaru, jeśli chodzi o profesjonalizm. Mam nadzieję, że jak najpóźniej skończy karierę, bo futbol straci bardzo dużo, gdy przestanie grać. Liczę, że jeśli nie na boisku, to w innej roli będzie dalej dawał coś od siebie, bo to wyjątkowy człowiek. Agenci? Są sympatyczni i mniej sympatyczni. Zdarzyło mi się powiedzieć jednemu, że już nigdy z nim nie porozmawiam, a rok później przyszedł z piłkarzem, którego bardzo potrzebowaliśmy. Zawsze na pierwszym miejscu stawiasz interes klubu. Jeśli idealny zawodnik ma najgorszego możliwego agenta, trzeba to przełknąć i zapomnieć o dawnych urazach.

Dwa finały Ligi Mistrzów i reakcja Interu

- Dwie finały Ligi Mistrzów? W obu przypadkach mierzyliśmy się z gigantami – City i Paris Saint-Germain – jeśli chodzi o jakość indywidualną. To dziś kluby z kadrami przewyższającymi prawie wszystkich w Europie. Arsenal próbował się do nich zbliżyć i pokazał się z dobrej strony, ale różnica indywidualna jest oczywista. My do ostatniego finału dotarliśmy w złym stanie. Przegraliśmy Scudetto praktycznie w 90. minucie przedostatniego meczu. Mentalnie i moralnie to nas bardzo osłabiło. Nie mieliśmy energii, by stawić czoła takiemu kolosowi. Może i tak byśmy przegrali, ale innym futbolem, inną postawą. Tymczasem wrażenie było takie, że tej finałowej batalii w ogóle nie zagraliśmy. Inter, który przyjechał na drugi finał po przegranej z City, po zdobyciu mistrzostwa, był dojrzalszy i przynajmniej powinien był zagrać na swoim poziomie. Tymczasem zawiedliśmy. Uważam, że zabrakło nam przede wszystkim energii mentalnej. Mieliśmy też kilku zawodników wracających po kontuzjach w ostatniej chwili. To był finał nie rozegrany. Bardzo ciężko było potem ruszyć z miejsca – nastroje były fatalne, również wokół klubu. Ale mamy tę cechę, że umiemy się podnieść i znów myśleć pozytywnie o budowaniu zwycięskiego sezonu, nawet gdy trzeba zmienić trenera. Dwa dni po finale spotykaliśmy się już z Chivu, który miał tworzyć nowe sztaby, bo nie było nawet kompletnego staffu. Klubowe mistrzostwa świata nie mogły być w tamtym okresie udane, bo brakowało nam energii, ale dały Chivu szansę zdobycia doświadczenia i odkrycia sytuacji jak ta z Pio Esposito. Wyruszyliśmy na turniej przekonani, że oddamy go na wypożyczenie do klubu z Serie A, żeby spokojnie dojrzewał, a wróciliśmy pewni, że mamy napastnika, który może grać w Interze. Po krótkim urlopie zaczęliśmy od nowa. Trudności były, ale stopniowo się wzmocniliśmy i zjednoczyliśmy. Chyba jak nigdy wcześniej wszyscy razem walczyliśmy, by na koniec znowu wygrać. Chcieliśmy powtórzyć to, co zrobiliśmy po Stambule – po ciężkiej porażce zdobyć Scudetto. Tym razem, po jeszcze bardziej bolesnej klęsce z PSG i tytule oddanym Napoli, zrobiliśmy dublet. To było coś wspaniałego.

Historie Pio Esposito i Dimarco

- Historie Pio Esposito i Dimarco są piękne. Lubię takie opowieści w każdym klubie – gdy chłopak przechodzi całą drogę przez akademię i trafia do pierwszej drużyny. Kibice potrzebują kogoś, z kim mogą się utożsamić. To nie musi być piłkarz kupiony za 100 milionów, ani nawet ten najsilniejszy sportowo. To ktoś, kto niesie w sobie coś więcej – przywiązanie do barw, drogę przez sektor młodzieżowy. Spójrzmy na Dimarco. Zanim wrócił do Interu, miał 4–5 wypożyczeń, często z problemami z grą. Wyobraźmy sobie, przez ile trudności musiał przejść, by spełnić swoje marzenie. On od dziecka był kibicem Interu, w klubie od siódmego roku życia, w żakach. Chciał tylko jednego – zagrać w Interze. Udało mu się to dzięki ogromnej cierpliwości, naszej i jego. Co roku szedł na wypożyczenie, wracał bez wielkich liczb. Ostatni sezon w Veronie u Juricia, z rolą w trójce obrońców, trochę na środku, trochę jako wahadłowy, pokazał coś więcej. Przyjechał na zgrupowanie, a Inzaghi już po tygodniu podszedł do mnie i powiedział: „On zostaje. On jest dla mnie. Zagra na dwóch pozycjach, nie ma mowy o kolejnym wypożyczeniu”. Potrzeba też trenera, który w ciebie uwierzy. Dimarco debiutował już u Manciniego, potem wędrował po wypożyczeniach, ale to Inzaghi naprawdę zmienił jego karierę.

Źródło: fcinternews.it

Zestawy bitów udarowych SHOCKWAVE™ IMPACT DUTY - Milwaukee - kupisz w mspot.pl

Polecane newsy

Komentarze: 2

Matt1

Matt1

8 czerwca 2026 | 13:19

Bardzo fajny, rzeczowy i prawdopodobnie szczery wywiad. Lubię czytać takie teksty, w których poznajemy zespół jakby od kuchni. Jak wyglądały praca i negocjacje, czy postawy niektórych zawodników, co działacze sądzili o niektórych naszych wynalazkach, jakie nadzieje były pokładane. Ausilio mógł odnieść się jeszcze do Diufa i LH, czyli dwóch jego wynalazków ;P

Lord Nord

Lord Nord

8 czerwca 2026 | 15:56

Tak zgadzam sie, wywiad fajny bynajmniej najbardziej przypadla mi dzisiaj inna wypowiedz.
I tu cytat:
Kiedy chcesz radzić sobie w Lidzie Mistrzów musisz inwestować. Trzeba skończyć z tymi wynalazkami za 20-25 mln euro.
Takze, Matti zgadzam sie, ze trzeba sie przyznac do bledow i czas przestac eksperymentowac a robic konkretne transfery a nie jak opcja A to mamy tez opcje B i C, lub D... a pozniej wychodxi E....
Nie nadaje sie. Wydalismy 50 mln na gosci ktorzy nie wniesli nic do szatni ani na lawke zas o boisku nie wspomne.
Pozdro


Reklama

Reklama

Piłkarze urodzeni dziś

  zobacz wszystkich