Inter żegna kolejną wielką postać swojej złotej ery. W wieku 81 lat zmarł Sandro Mazzola, jedna z największych legend Wielkiego Interu. Klub poinformował o tym w oficjalnym komunikacie w mediach społecznościowych, przekazując kondolencje rodzinie zmarłego w imieniu prezesa Giuseppe Marotty, wiceprezydenta Javiera Zanettiego, trenera Cristiana Chivu ze sztabem, piłkarzy oraz całej społeczności Nerazzurrich.
Chęć wspominania miesza się dziś ze wstydliwą bezradnością, bo jak znaleźć właściwe słowa, by pożegnać kogoś, kto naprawdę pisał historię futbolu, w sposób niezatarty i bez precedensu?
Trudno się z tym pogodzić, gdy melancholia ściska gardło i wiemy, że już nas nie opuści. Wydaje się przecież, jakby wciąż był tutaj, między siedzibą klubu a Appiano Gentile, opowiadał o Puskasie, Herrerze, Suarezie i Corso, jedno wspomnienie za drugim, zawsze przeplatane teraźniejszością, z tą samą dziecięcą iskrą Interu w oczach, gdy mówił o Lautaro i dzisiejszym Interze, który dla niego był tym samym Interem od zawsze.
Sandro Mazzola był jednym z najwybitniejszych piłkarzy w dziejach futbolu, nie tylko w historii Nerazzurrich. On sam stał się historią Interu. Trafił do klubu jako chłopiec i już go nigdy nie opuścił. Na barkach dźwigał ciężar nazwiska i pamięć o ojcu, który wydawał się niepokonany. Los sprawił, że jego drogę wytyczyli dwaj inni legendarni Nerazzurri, którzy w praktyce go wychowali i poprowadzili przez kolejne rozdziały historii.
Jedna koszulka na całe życie, jedno marzenie. Budowane bez ojca, który zginął w katastrofie pod Supergą, tragedii Wielkiego Torino. Alessandro, dla wszystkich Sandro, Sandrino, miał wtedy sześć lat, pięć miesięcy i 23 dni. Widział zniszczone twarze ludzi, którzy go obejmowali, głaskali po głowie, a on sam nie rozumiał, co się dzieje. Valentino Mazzolę poznał już tylko z opowieści, z codziennie przekazywanej, niemal mitycznej pamięci. Swoją własną legendę zaczął budować na boisku przy oratorium San Lorenzo w Mediolanie, w Porta Ticinese, grając całe boisko przeciwko Adriano Celentano. Nie był to jedyny kibic Interu, który ukształtował jego rozwój: ogromny wpływ mieli też Giuseppe Meazza i Benito Lorenzi. Meazza szlifował go technicznie, zdradzając wszystkie tajniki rzemiosła. Lorenzi pojawił się w domu Mazzolów w Cassano d’Adda z butami i piłką. Gdy Sandro miał 8 lat, on i jego brat byli już w praktyce maskotkami Interu, żyjąc między boiskiem, szatnią i stadionem w pełnej, nerazzurrowskiej rzeczywistości.
Musiał przyspieszyć dorastanie, stać się wielki z konieczności. Sandrino zrobił to błyskawicznie, także za sprawą okoliczności. Rocznik 1942, został rzucony na głęboką wodę w pierwszej drużynie w słynnej powtórce meczu Juventus – Inter 10 czerwca 1961 roku w Turynie. Jeszcze rano odpowiadał przy tablicy w szkole, a kilka godzin później jechał do Piemontu, gdzie Angelo Moratti i Helenio Herrera wystawili zespół Primavery. Skończyło się 1:9, ale jedynego gola dla Interu zdobył szczupły chłopak o znakomitym czuciu piłki: Sandro Mazzola, wówczas osiemnastolatek.
Dziś nazwalibyśmy go cofniętym napastnikiem. Był ósemką i dziesiątką, tak jak numery, które nosił w Interze. Mezzala czy środkowy napastnik? Herrera potrafił stworzyć mu rolę skrojoną na miarę, która pozwoliła eksplodować jego talentowi w spektakularnej machinie, jaką była Wielka Inter. Konsekracja przyszła szybko, przypieczętowana przez największych tego świata. W 1964 roku na Praterze w Wiedniu, w finale Pucharu Europy, Mazzola początkowo zatrzymał się w tunelu, by z bliska podziwiać swoich idoli: Di Stéfano, Puskasa i innych asów Realu Madryt. Na boisko niemal wypchnął go Luis Suarez. A później? Dwa gole. Doppietta w finale Pucharu Europy, pierwszy europejski triumf Interu, zwycięstwo bez precedensu z podpisem Mazzoli i komplementami Puskasa.
- Jesteś godny swojego ojca Valentino, powiedział mu wielki Węgier, wręczając mu swoją koszulkę.
To historie, które znamy niemal na pamięć, które słyszeliśmy niezliczoną ilość razy, nigdy się nimi nie nudząc, bo za każdym razem pojawiał się nowy detal, opowiedziany jego łagodnym, zawsze wzruszonym głosem. Z Mazzoli biło poczucie oddania i ogromnej wdzięczności wobec Interu, który dla niego był jak matka, spłacone niezliczoną liczbą zagrań, bramek i cudownych chwil. Cztery scudetta, dwa Puchary Europy, dwie Puchary Interkontynentalne, tytuł króla strzelców Serie A w 1965 roku z 17 bramkami i korona najlepszego strzelca Pucharu Europy w 1964 roku z 7 trafieniami. W 1971 roku zajął drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, ustępując jedynie Johanowi Cruyffowi.
Wielki Inter Angelo Morattiego, Helenio Herrery, Sartigego, Burgnicha, Facchettiego. Mazzola między pomocą a atakiem, kreślący trajektorie podań i zdobywający gole. Europejskie noce, popołudnia na stadionie Meazza. Bramki o gigantycznym ciężarze i niezapomnianej urodzie. Jego firmowe trafienie przeciwko Independiente w Pucharze Interkontynentalnym, pamiętna remontada z Liverpoolem celebrowana przy dźwiękach When the Saints Go Marching In z głośników San Siro. Dalej: gol w derbach po 13 sekundach, bramka w meczu Inter – Lazio w 1966 roku, która dała klubowi pierwszą gwiazdkę. A potem lata aż do 1977 roku. Po drodze mistrzostwa Europy i świata z reprezentacją Włoch, słynna sztafeta z Riverą.
Siedemnaście sezonów, 565 oficjalnych meczów, 158 goli. Więź z Interem nigdy się nie urwała. Po zakończeniu kariery piłkarskiej został działaczem, a następnie dyrektorem sportowym. Także za biurkiem miał wyjątkową intuicję. Był blisko sprowadzenia do Mediolanu Michela Platiniego i Paulo Roberto Falcão, choć te transfery ostatecznie nie doszły do skutku. To on ściągnął z powrotem do Mediolanu z Sambenedettese Waltera Zengę. I przede wszystkim Ronaldo. Fenomen pojawił się w Interze po zdecydowanych staraniach Morattiego i Mazzoli. Gdy R9 był prezentowany w siedzibie Nerazzurrich, obok niego stali Luis Suarez i Sandro Mazzola.
Jego wizyty w siedzibie Interu trwały także w ostatnich latach. Wpisany do klubowej Galerii Sław, wciąż opowiadał o swoim wyjątkowym, nierozerwalnym związku z barwami Nerazzurrich. Robił to również wobec Lautaro Martineza i jego kolegów podczas jednej z ostatnich wizyt w Appiano Gentile. Tam czuł się jak w domu, tam wspominał zgrupowania z Herrerą, przeplatane cudownymi i zabawnymi anegdotami.
Miłość kibiców Nerazzurrich poczuł raz jeszcze na żywo w maju 2024 roku, podczas świętowania drugiej gwiazdki. Wyszedł wtedy na murawę razem z Bedinem i Cappellinim, wspólnie honorowani za pierwszą gwiazdkę zdobytą 58 lat wcześniej.
Jego gwiazda błyszczała na boisku i błyszczy także teraz. Gwiazda człowieka o charakterystycznym wąsie, który, jak często podkreślał, miał tylko jedno, ostatnie marzenie.
- Być zapamiętanym jako porządny człowiek, który gra do końca, nawet gdy nie da się wygrać, jak w tamtym 1:9.
- Zrobimy to, Sandro, kończy się klubowy komunikat.
Źródło: fcinternews.it
Dyskusja
Komentarze 0
Komentarze są dla zalogowanych kibiców.
Zaloguj się albo załóż konto — zajmuje chwilę, a zostaje na lata.
Jeszcze nikt się nie odezwał. Bądź pierwszy.